sobota, 25 maja 2019

ZACZĘŁO SIĘ OD MAMY


Zaczęło się od mamy, nie dlatego, że gdyby nie ona, to mnie by na świecie nie było. Dlatego też, że pierwszy wymyślony przeze mnie wisiorek miał być prezentem dla niej.
Kilka lat temu bawiłam się w wylewanie roztopionej cyny do słoika z wodą. Efektem tego były niezwykle kształty, fantastyczne obiekty przypominające kosmiczne pejzaże. Jeden z powstałych w ten sposób odlewów tak bardzo spodobał się mojej mamie, że obiecałam jej zrobić z niego wisiorek.

Od tego momentu minęło siedem, może osiem lat, gdy efekty tych moich prób wpadły mi w ręce, postanowiłam spełnić obietnicę. Tak powstał mój pierwszy wisiorek z drewna.
Znaleziony stary sęk posłużył za bazę. Wyszlifowany, z wybranymi zagłębieniami na cynowy element, i drugim na koral z prawdziwego korala. Drewno zostało zabejcowane na ciemno-orzechowy kolor, do tego dołączyłam podwójny rzemień w tym samym odcieniu i dobrałam metalowe końcówki i zapięcie w srebrnym kolorze.


Miał być prezentem na Dzień Matki, ale nie wytrzymałam i podarowałam jej go wcześniej. Mama pamiętała o złożonej przeze mnie obietnicy, a efekt bardzo się jej spodobał.
Wszystkiego najlepszego, Mamo!

KIEDYŚ


Praca w drewnie to dla mnie taka rodzinna tradycja. Jeden z moich pradziadków był stolarzem, inny stelmachem. Jeden z moich dziadków również pracował jako stolarz, pomagając ojcu, a w późniejszym czasie robił hobbistycznie wyjątkowe rzeczy z drewna. 

Drewno od zawsze było w moim życiu, a ja od dziecka przyglądałam się różnorodnym kolorom i rysunkom słojów. Lubiłam też, na spacerach w lesie, zbierać patyczki, gałązki, kawałki kory, czy szyszki. Układałam na biurku kompozycje, którymi później cieszyłam oczy. Jakże smutny był moment, w którym trzeba było to w końcu posprzątać! Bo ostatecznie, zazwyczaj, wszystkie te rzeczy lądowały w koszu na śmieci. Czasami tylko zyskiwały nowe życie, jako np. ramka na zdjęcie lub pocztówkę, albo trochę później, stawały się modelami do szkiców i rysunków. Zawsze jednak czułam żal, gdy przychodziło mi się z nimi rozstać. Już wówczas uważałam za straszne marnotrawstwo wyrzucanie tak pięknych skrawków rzeczywistości. Przyglądałam się subtelnemu rysunkowi słojów lub kory drzew, zdzierałam delikatne bibułki z pni brzóz, obserwowałam jak w ciepłym mieszkaniu zamknięte szyszki sosen otwierają się i uwalniają nasiona. I marzyłam, że kiedyś z tych maleńkich fragmentów natury stworzę coś, co pozwoli im przetrwać... To kiedyś zaczyna się właśnie teraz.