Praca w drewnie to dla mnie
taka rodzinna tradycja. Jeden z moich pradziadków był
stolarzem, inny stelmachem. Jeden z moich dziadków również
pracował jako stolarz, pomagając ojcu, a w późniejszym
czasie robił hobbistycznie wyjątkowe rzeczy z drewna.
Drewno
od zawsze było w moim życiu, a ja od dziecka
przyglądałam się różnorodnym kolorom i rysunkom słojów. Lubiłam też, na spacerach
w lesie, zbierać patyczki, gałązki, kawałki kory, czy
szyszki. Układałam na biurku kompozycje, którymi później
cieszyłam oczy. Jakże smutny był moment, w którym trzeba było to
w końcu posprzątać! Bo ostatecznie, zazwyczaj, wszystkie
te rzeczy lądowały w koszu na śmieci. Czasami tylko
zyskiwały nowe życie, jako np. ramka na zdjęcie lub
pocztówkę, albo trochę później, stawały się modelami do
szkiców i rysunków. Zawsze jednak czułam żal, gdy przychodziło
mi się z nimi rozstać. Już wówczas uważałam
za straszne marnotrawstwo wyrzucanie tak pięknych skrawków
rzeczywistości. Przyglądałam się subtelnemu rysunkowi słojów
lub kory drzew, zdzierałam delikatne bibułki z pni brzóz,
obserwowałam jak w ciepłym mieszkaniu zamknięte szyszki sosen
otwierają się i uwalniają nasiona. I marzyłam, że kiedyś
z tych maleńkich fragmentów natury stworzę coś, co pozwoli
im przetrwać... To kiedyś zaczyna się właśnie teraz.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz